Indianie Taino – lud , którego już nie ma (moja wizyta na wyspie Haiti, cz.2)

9 sierpnia 2018

Wyspa Haiti dziś, to przede wszystkim potomkowie niewolników przywiezionych przez białego człowieka z Afryki. Krzysztof Kolumb (tak, tak… ten, o którym uczymy się że odkrył Amerykę, choć myślał, że dopłynął do Indii) był człowiekiem pozbawionym skrupułów, który z innowiercami się nie ceregielił. Tak było w przypadku Indian Taino, którzy żyli sobie jak w raju dopóki nie nawiedził ich biały człowiek. Dziś nazwanoby zachowanie Kolumba zbrodniczą a jego samego mordercą, niemniej jednak funkcjonuje on w wielu podręcznikach jako wielki odkrywca. Stereotypy gnieżdżą się w naszych głowach, wypuszczają korzenie, rosną, a za wiele lat trudno jest odróżnić co jest prawdą a co zwykłym naciąganiem historii.

Tainowie mieli największego pecha, bo byli pierwszym ludem indiańskim, z którym zetknął się Kolumb. Nikt ich nie ostrzegł, że biali ludzie, którzy przypłynęli pięknym okrętem nie są przyjaciółmi, a jedynie udają przyjaciół, aby poznać Indian na tyle, by w dogodnym momencie włożyć im nóż w serce. W przenośni i dosłownie. Santa Maria, okręt flagowy Kolumba osiadł na mieliźnie, a Kolumb bez skrupułów nazwał wyspę po swojemu (Hispaniola) i zdecydował się na wybudowanie osady. W pracach nad budową pomagali mu Indianie, no bo przecież dlaczego nie otoczyć opieką gościa? Indianie Taino byli niezwykle serdecznym i szczęśliwym ludem, zamiast pogonić Kolumba gdzie pieprz rośnie objaśniali jego załodze zasady panujące na wyspie, czego jeść, a czego nie jeść, na co uważać oraz dogadzali jak się tylko da. Nic dziwnego, że wyspa stała się łakomym kąskiem dla przybyszy z Europy, którzy postanowili, że jeśli Indianie Taino to taki łatwowierny i naiwny naród, to staną się doskonałym materiałem na niewolników. Kolumb opuścił wyspę zostawiając w forcie la Navidad część swoich marynarzy. Być może wszystko potoczyłoby się dobrze, ale biali ludzie nie mieli pacyfistycznych zapędów. Gdy Kolumb powrócił na wyspę, po forcie pozostały jedynie zgliszcza. Prawdopodobnie pierwszy raz Indianie Taino, którzy nie wiedzieli co to jest wojna i przemoc – zrobili coś takiego. Co ich do tego skłoniło? Przerażenie. Upokorzenie i przemoc można wytrzymywać, ale gdzieś się kończy granica. Ludzie, którzy mieli być gośćmi zaczęli panoszyć się na wyspie, eksploatować miejscowych w niewolniczej pracy oraz wykorzystywać kobiety. Do tego doszły choroby, które marynarze przywieźli z Europy, a z którymi Indianie nie mogli sobie poradzić.

Tainowie na wyspie Haiti w owym czasie podzieleni byli na pięć królestw. Na wyspie nie istniał głód, bo matka ziemia rodziła tak wiele owoców, że bazując jedynie na dziko rosnących drzewach i rodzących polach – można było przeżyć. Uprawiali bawełnę, tytoń, maniok i jukkę. Jeden mąż mógł mieć kilka żon, pierwsza była najważniejsza. Panował szacunek do kobiet i dzieci, choć intryguje pewien fakt: gdy umierał mąż, jego pierwszą żonę składano wraz z nim do grobu. Legenda głosi, że robiono to po to, aby ich dusze mogły się razem spotkać od razu, a nie błąkać się we wszechświecie. Indianie Taino nie mogli uwierzyć, że ich świat właśnie odchodzi w zapomnienie. Ponieważ jako pierwsi zostali najechani nie potrafili skutecznie stawiać oporu (zdarzyło się to kilkanaście lat później w przypadku Tainów kubańskich, ale ci zostali już ostrzeżeni). Indianie Taino zaufali Kolumbowi w 1942 roku. Po 78 latach nie licząc kilku odizolowanych enklaw przestali istnieć jako odrębna grupa etniczna. Zostali bestialsko wymordowani przy pomocy technik panujących za Kolumba w średniowiecznej Europie. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Na ich własnej ziemi. W imieniu królowej i z krzyżem w dłoni.

Trylogia Kroniki Saltamontes

Kroniki Saltamontes" to trylogia pełna pięknych wartości, która oczarowuje nie tylko młodzież, ale i dorosłych, zabierając ich do świata, w którym marzenia się spełniają, a prawdziwa przyjaźń i miłość przetrwa nawet największe burze.