„Kroniki Saltamontes – Ucieczka z mroku” rozdział pierwszy / fragment

26 sierpnia 2018

Rozdział 1

Ucieczka z mroku

„To, o czym chcę wam dzisiaj opowiedzieć, wydarzyło się bardzo dawno temu, chociaż równie dobrze mogłoby się wydarzyć dzisiaj.

Na początku jednak zdradzę wam, co usłyszałem od pewnego starego rybaka, gdy byłem jeszcze małym chłopcem, a co wspominam każdego dnia do dziś. Było to wtedy, gdy z moim najlepszym przyjacielem Aleksem oraz ukochanym psem Kotletem staliśmy wczesnym świtem na jego rybackiej łodzi i obserwowaliśmy, jak ratuje z sieci zaplątanego delfina. Człowiek ten miał wtedy prawie siedemdziesiąt lat. Zapytacie pewnie, jak ktoś taki może zaimponować małemu chłopcu. A może ktoś tak wiekowy przywołuje wam na myśl zgorzkniałego starucha o słabej pamięci, każącego sobie donosić termos z herbatą i zmuszającego do wysłuchiwania po raz setny tej samej opowieści? To prawda, że takich też w swoim życiu spotykałem. Ale nie w tym wypadku. Tamten rybak nazywał się Emmanuel Sol i w wieku prawie siedemdziesięciu lat nie dość, że uratował wodnego ssaka, to na dodatek się zakochał. I to on mi powiedział, że w życiu najważniejsze są dwie rzeczy: pasja i miłość. Mówił też, że życie jest krótkie i największą sztuką jest zmieścić w nim, wręcz upchać, i jedno, i drugie. A ponieważ zajmował się swoją pasją przez całe dorosłe życie, a zakochał się dopiero w okolicy siedemdziesiątki, zakomunikował całemu światu, że będzie żyć wiecznie… Nie wierzycie? Wcale się wam nie dziwię. Ja też w to nie uwierzyłem. Kiedy więc się okazało, że życie wieczne nie jest możliwe, postanowił przynajmniej dobić do setki. I jak zapowiedział, tak zrobił. Emmanuel Sol żył sto dwa lata i udowodnił mi i mojemu przyjacielowi Aleksandrowi, że też tak możemy, jeśli się uprzemy i będziemy żyli zgodnie z kilkoma prostymi zasadami.

Mam na imię Adam. Historia, którą wam dziś opowiem, wydarzyła się na przełomie tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego i czterdziestego szóstego roku. Miałem wtedy około ośmiu lat, a mój przyjaciel Aleksander dużo więcej, choć wszyscy próbowali mi wmówić, że ma raptem dziesięć. Na oko jednak wyglądał przynajmniej na dwanaście. Dzisiaj ja mam mniej więcej tyle lat co Emmanuel Sol, gdy go poznałem, a dzięki temu, że podzielił się wtedy ze mną swoją mądrością, która okazała się receptą na szczęście i długowieczność, nigdy się nie bałem upływającego czasu. I jeszcze jedno: mam nadzieję, że tak jak on będę żył sto dwa lata. A jak się uprę, to i więcej.

Zanim jednak poznałem Emmanuela, oraz kilku innych ważnych i niezwykłych ludzi, wraz z Aleksandrem, którego nazywałem Aleks lub Alek, żyłem w bardzo mrocznej scenerii, co jednak nie przeszkadzało nam marzyć o dalekich podróżach i niezwykłych przygodach.

Zapomnieć o wszelkich smutkach pomagała nam niezwykła pasja. Uwielbialiśmy grzebać w śmieciach – och, ile tam można było znaleźć ciekawych rzeczy – i wyciągać z nich kawałki desek, gwoździ, sznurków, kartonu i drutu, aby z tego budować pojazdy naszych marzeń lub urządzenia służące do „nie-wiadomo-czego”. Gdy wgłębialiśmy się w nasz konstruktorski świat, zaplątani w swoją wyobraźnię, nie słyszeliśmy hałasów za oknem ani nie widzieliśmy strachu w oczach innych dzieci. A gdy na zewnątrz szalała wojna, my niczym wytrawni aktorzy odgrywaliśmy role zwycięzców, szalonych konstruktorów dziwacznych samochodów, podróżników bez granic oraz uszczęśliwiaczy świata.

Krótko mówiąc, naszym domem był sierociniec i aby nie zwariować, uciekaliśmy do świata marzeń.

Pewnego dnia wojna się skończyła. Opiekunki z sierocińca rzucały się sobie na szyję, skakały z radości i płakały, a dzieciaki postanowiły, że skoro nadszedł pokój, to przestają się bawić w żołnierzy. I wtedy Aleks powiedział uroczystym tonem:

– Skoro przyszedł czas na zmiany, najlepiej, aby były to zmiany pozytywne. Czas więc, abyśmy skonstruowali maszynę, która przyniesie nam szczęście.

– A o jakiej maszynie konkretnie myślisz? – zapytałem.

Aleks zaczął się zastanawiać. Podrapał się po głowie, a zawsze tak robił, gdy nad czymś główkował, po czym wyjrzał przez małe piwniczne okienko, za którym świat nie był już taki kolorowy. Tym bardziej że obok stał właśnie ten śmietnik, w którym z takim zaangażowaniem często grzebaliśmy, pozostawiając po sobie okropny bałagan.

– Musimy skonstruować maszynę, która spełni nasze marzenia – odpowiedział.

– Ooo taaak! To jest fantastyczny pomysł! Maszynę, dzięki której będziemy mogli podróżować… – nie omieszkałem dodać.

– I dzięki której przeżyjemy fantastyczne przygody – dorzucił Aleks.

– I kiedy się zgubimy, to się zawsze odnajdziemy – wtrąciłem natychmiast.

– I dzięki której poznamy ludzi, którzy nas kochają… – powiedzieliśmy jednocześnie.

I wtedy nastąpiła cisza. Patrzyliśmy sobie w oczy jak dwa zbite szczeniaki. Nie mieć rodziny, a bardzo jej pragnąć, to jak w okolicy serca nosić wielki kamień, który blokuje oddychanie, mówienie i życie.

– Wiesz co, Aleks? Ja to chciałbym jeszcze pojechać gdzieś bardzo daleko i w trakcie tej podróży poznać jakąś tajemnicę. I żeby ta tajemnica była tak tajemnicza, tak niesamowicie tajemniczo tajemnicza jak na przykład piramidy… Albo ciemna strona księżyca…

– No pewnie, to by było fascynujące… – odparł Aleks.

– A ty? O czym marzysz? Do czego byłaby ci potrzebna maszyna szczęścia? – zapytałem po chwili.

– Ja? No wiesz… Chciałbym tego samego co ty… A może jeszcze… hmmm, chciałbym się przelecieć jakimś fantastycznym samolotem, najlepiej jednym z tych, które latały nad naszymi głowami, gdy była wojna. I chciałbym patrzeć na wszystko z góry, żeby zobaczyć, jak to jest, gdy ludzie wyglądają jak mrówki.

– Suuuper… – westchnąłem. – To może zabierzemy się do pracy i skonstruujemy maszynę, która przyniesie nam szczęście?

Aleks pokiwał tylko głową i wypowiedział głośne „tak”.

I podczas gdy my spędzaliśmy dni, wymyślając supermaszynę, świat rządził się swoimi prawami, które niezależnie od nas i bez naszej świadomości układały nasz los. Wtedy najważniejsze jednak było, że spędzaliśmy czas ze sobą i pracowaliśmy w pocie czoła nad cudownym projektem. Maszyna do Produkowania Szczęścia, bo tak ją nazwaliśmy, była złożona z kawałków kartonu i kanalizacyjnych rur.

A kiedy skończyliśmy ją budować, postanowiliśmy powrzucać do niej nasze życzenia. Na zmiętych kartkach wyrwanych ze starej gazety zaczęliśmy pisać „zadania”.

Na jednej z nich było napisane: „Maszyna zabierze nas w dalekie kraje”. A potem kolejno: „Maszyna będzie chronić swoich konstruktorów przed złoczyńcami”, „Maszyna spełni marzenia ludzi, którzy znajdą się w jej okolicy, ale tylko tych o dobrym sercu”.

Rozpierała nas duma, gdy nasze dzieło było gotowe. I nie zwracaliśmy uwagi na inne dzieci, które czasem naśmiewały się z naszego wynalazku. Tak, jak mówiłem, żyliśmy w swoim świecie, nie przejmując się opiniami innych.” (…)

Trylogia Kroniki Saltamontes

Kroniki Saltamontes" to trylogia pełna pięknych wartości, która oczarowuje nie tylko młodzież, ale i dorosłych, zabierając ich do świata, w którym marzenia się spełniają, a prawdziwa przyjaźń i miłość przetrwa nawet największe burze.